Imperial Baits na WCC 2012

Po zakończeniu WCC 2012 nad jeziorem Bolsena nadszedł czas na relacje z tych niezwykłych zawodów. Znajdziecie je również u nas, nadesłali je nasi koledzy: Dariusz Kupś oraz Michał Orłowski.

Nad jezioro docieramy w sobotę około godziny 3 nad ranem. Podróż była bardzo ciężka ponad 1650km – 17 godzin spędzonych w samochodzie podróżując przez Niemcy, Austrie, Włochy. Ucinamy sobie drzemkę na siedząco i o 7:00 możemy już wjechać na camping. Atmosfera w Polskim obozowisku była naprawdę niepowtarzalna! Około godziny 8:00 udajemy się zarejestrować nasz środek pływający oraz drużynę. Po powrocie do obozu udajemy się na krótką drzemkę. W obozie nie milkną dyskusje co? gdzie? i na co? Niestety wszystkie wnioski które wyciągamy są tylko domysłami.

W niedzielę o 18:00 wielkie losowanie stanowisk. Losujemy jako 74 team po prawie dwóch godzinach przychodzi kolej na nas. Losujemy siódemkę w sektorze CC Moore, wszystko wydaje się być OK.

W poniedziałek o 7:00 wyruszamy na stanowiska, po dojeździe nad wodę okazuje się że brakuje numerków stanowisk (ponoć ktoś je ukradł). Wraz z pozostałymi  pięcioma drużynami czekamy na sędziego, niestety nie dotarł na miejsce. Każda z drużyn rozłożyła się tam gdzie jej było wygodnie, sędzia dotarł o 18:00 nic nie wiedział o zaistniałej sytuacji – czeski film.

Ogrom czystej wody stoi przed nami otworem. Dno widoczne nawet na głębokości 4 metrów. Wypływamy, 200 metrów od brzegu głębokość wody wynosi 5 metrów, dno pokryte gęstą roślinności, zero czystego dna. Dwie godziny na wodzie wraz z kamerą i echosondą nie pomogły nam znaleźć czystego miejsca – wszędzie roślinność!

Płyniemy dalej – 350 metrów od brzegu – dno umożliwia położenie zestawów. Głębokość w okolicach 9-10 metrów. Lecz wtedy pojawia się problem – regulamin pozwala wywozić maksymalnie na 200 metrów od brzegu, jednak my postanawiamy zaryzykować. Sąsiedzi również naciągają regulamin i stawiają swoje markery na odległości grubo wynoszącej 300 metrów. Nęcimy kulkami, oraz małą ilością konopi. Czekamy i czekamy – zero jakichkolwiek oznak ryb. Od miejscowego karpiarza dowiadujemy się że w tym rejonie nikt karpi nie łowi bo – po prostu ich tutaj nie ma! Jak prawdziwi karpiarze nie poddajemy się i próbujemy dalej. Szukamy miejsc próbujemy innych przynęt oraz sposobów nęcenia. Sąsiedzi robią to samo , niestety bez rezultatów. W trakcie zawodów, dwa razy dziennie nasze zestawy były ściągane przez spinningistów, a w piątek okazało się że 50 metrów od naszych zestawów stoją sieci (drgawica) które ciągną się przez prawie kilometr i odcinają zatokę gdzie łowi  cały sektor! W piątek pojawił się rybak – sprawdził sieci i postawił je spowrotem.

Organizacja pozostawiała wiele do życzenia. Kompletnie nikt nie wiedział że na wodzie organizowane są największe zawody karpiowe na świecie. Motorówki, kajaki, żaglówki, plażowicze to nasz codzienny krajobraz, krajobraz organizacyjnej porażki. Nasz sektor wygrał Ardy Veltkamp (potężny człowiek na rydwanie do zobaczenia poniżej). Który swoje stanowisko wylosował w porcie jachtowym. Obiecujemy że jeszcze tam wrócimy, prawdziwi karpiarze się nie poddają!

Chwilę po losowaniu.

Rozpoczęcie - przemarsz z flagami i organizatorzy przebrani za gladiatorów.

Przez kilka ostatnich dni termometr w cieniu pokazywał 36'C - kąpiel obowiązkowa.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Polski. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz