Moja przygoda z Imperial Baits…

 

Z reguły takie zasiadki jak ta, planuję z dużym wyprzedzeniem, tak było i tym razem. Choć w lutym myślałem, że nie doczekam lipca, to teraz wiem, że … doczekałem. Nareszcie ! Do zapakowania jeszcze tylko kilka rzeczy i możemy ruszać w drogę.

W czasie podróży prowadzimy ożywioną dyskusję, pewnie większość domyśla się na jakie tematy – tak, o taktyce, przynętach i samych karpiach – mądrych, cwanych stworzeniach. Wieczorem dojeżdżamy na nasze stanowiska.

Po błyskawicznym, częściowym rozpakowaniu się, wskakuję do mojego „odlotowego” pontonu zabierając ze sobą echosondę i stukadełko. Wytypowałem kilka miejsc, w których będziemy łowić, z czego większość przy samych trzcinach, które rosły przy przeciwległym brzegu. Jedno miejsce, położone w głębszej części, o ile nie najgłębszej, zaznaczam tyczką.  Z reguły nie lubię dużo nęcić dlatego pod marker serwuję około dwóch kilogramów kulek Imperial Baits Fish – 20 mm oraz Osmotic Spice, również o tej samej średnicy. Pod tyczkę lądują dwa zestawy, uzbrojone w dwie kulki 20 mm, którymi nęciłem oraz woreczki PVA z pokruszonymi kulkami  w środku. Założyłem, że będę łowił na to czym nęciłem.

Przed zasiadką przygotowałem „super mieszankę” (pokruszone kulki Osmotic Spice i Elite, zasypane ExplosiveStickMixem i dodatkowo zalane dipem oraz płynnymi pokarmami). Do wszystkiego dodałem odrobinę konopi i pelletu o różnych średnicach – od małych po te duże. Taki właśnie mix lądował w woreczkach. Na zestawy, które kładłem punktowo, na włos zakładałem  kulki  o średnicy 24mm o smaku Osmotic Spice lub Elite, wcześniej moczone w dipie proszkowym tego samego smaku.

 

Zestawy w wodzie … wszystko gotowe … teraz to, co lubimy najbardziej – pozorny relaks i oczekiwanie na pierwsze, jakże upragnione brania.

Na pierwsze dźwięki sygnalizatora nie trzeba było długo czekać, ale niestety, ich sprawcą był wiatr, bo po czterech godzinach dopadło nas załamanie pogody. Zrobiło się chłodno. Ubierając buty znowu usłyszałem dźwięk sygnalizatora, ale tym razem … Bardzo emocjonująca i wyczerpująca walka trwa aż minutę! Mój przeciwnik zdołał odwinąć trochę żyłki z kołowrotka i wszedł w zaczepy, ostatecznie udało mi się wyjąć…. ciężarek i trochę poszarpany przypon ….

No, ale bywa i tak ! Wsiadam do pontonu i wywożę zestaw w to samo miejsce. Płynę spokojnie, naglę słyszę odjazd. Zaskoczony i zdezorientowany szukam żyłki zaplątanej na wiosłach – i jak na złość nie mogę jej znaleźć. Po krótkiej chwili doszedłem do wniosku, że mam kolejne branie ! Na szczęście mój niezastąpiony kompan zerwawszy się ze snu (trochę nieprzytomny) zacina rybę – tym razem spod markera (co ciekawe, obok którego właśnie przepływałem).

Z brzegu dobiega mnie głos, już zupełnie rozbudzonego, kompana – siedzi !

W miarę szybko położyłem zestaw na swoje miejsce i ile sił w rękach wiosłuję w stronę brzegu. Po jakimś czasie karp ląduje w podbieraku. Pierwsza ryba zasiadki cieszy mnie podwójnie, zwłaszcza dlatego, że jej pobratymiec wygrał walkę ze mną. Dalej noc mija spokojnie, no prawie, bo towarzyszą nam „sztormy i burze” zafundowane przez pogodę.

Wstaję rano i pierwsze co zauważam to bardzo intensywny wiatr i deszcz. Cały dzień mija spokojnie, bez ukochanych dźwięków kojących ucho karpiarza. Przed wieczorem dosypuję dwie garści kulasków pod markera. A pomyśleć, że jeszcze wczoraj było tak ładnie, ciepło i bezwietrznie … dziś temperatura sięga zaledwie 9 stopni, co nie wróży częstego występowania ryb na płyciznach …. W związku ze zmianą pogody postanowiliśmy wywieźć tylko dwa zestawy pod trzciny, a resztę na głębszą wodę w pobliże markera. Lekko zasmuceni pogodą kładziemy się w namiotach, gdy centralka zaczyna wydawać dźwięki – jest! – kolejne branie spod markera. Podczas holu karpia nie obywa się bez  małych problemów, jednak wszystko kończy się sukcesem i misiek trafia do podbieraka; nieodzowna sesja zdjęciowa i rybka wraca do wody. Jak się później okazało był to koniec wrażeń na tę noc.

Kolejny piękny, deszczowo – wietrzny dzień, trochę zdegustowani podejmujemy szybką decyzję – uciekamy w inne partie łowiska. Konkretnie, za cel obieramy stanowiska, które mogą nam zaoferować  duże głębokości. Wszystko związane z nadzieją na częstsze występowanie karpi na macie. Nigdy nie jest tak źle, aby nie mogło być gorzej – dostaliśmy wiadomość, że do domu zjeżdża  rodzinka, no, a jak to tak, nie przywitać się i nie posiedzieć przy kawie i ciastkeczku? Trzeba więc na chwilę pojechać do domu! Co ze sprzętem?! W całym zamieszaniu było trochę szczęścia, bo akurat na sąsiednie stanowisko podjechali znajomi, którzy zaoferowali się przypilnować nasz wędkarski dorobek.

W domu wysuszyliśmy przemoczone ubrania, ogrzaliśmy zimne stopy i nie tylko. Po trzech godzinach wracamy na nowe stanowiska. Rozkładamy namiot i wrzucamy do niego nasze graty.

Zestawy wywożę już późnym wieczorem i rezygnuję z postawienia tyczki, z prostego powodu – na stanowiska, które zajęliśmy, ktoś ma jutro przyjechać – no i wszystko jasne, czeka nas kolejna przeprowadzka po tej nocce. Oh jak przyjemnie !

Trochę zmęczony zamieszaniem wszystkie zestawy kładę punktowo, stosując tę samą metodę co  wcześniej. Do haków dołączam tylko worki PVA i zestawy lądują w wodzie. Ku małemu zaskoczeniu pierwsze branie następuje już po godzinie. Tato – wierny kompan, podciąga rybę do brzegu – ja podbieram, tylko tyle wystarczyło, aby zapomnieć o wcześniejszych utrudnieniach. Wsiadam do pontonu i kładę zestaw mniej więcej na głębokości 5m, dodatkowo wkoło rozsypując kilka kulek Elite. W środku nocy budzi nas ukochany sygnalizator. Wyskakujemy z namiotu i już po 15 minutach mamy karpia w podbieraku. Reszta nocy mija spokojnie. I oto jest! Pierwszy ranek gdy budzi mnie moja centralka …  zacięcie, krótki hol i rybka bez większych problemów ląduje w podbieraku. Nieodzowne fotki i pan karp trafia z powrotem do wody. Dosłownie po godzinie zjawia się ekipa posiadająca rezerwację na stanowiska, które aktualnie zajmowaliśmy …. i wszystko od nowa, zbieramy rzeczy i przenosimy się kilka stanowisk dalej.

 

Po wywózce zestawów postanowiliśmy pójść do znajomych na „wspólną kolację”. Zabawiliśmy tam aż do momentu gdy usłyszeliśmy„jazdę” gdzieś w oddali … zajęło mi trochę czasu zanim zorientowałem się, że centralkę zostawiłem w namiocie. Szybki sprint na stanowisko – zacięcie i siedzi ! Hol odbywa się spokojnie, bez większych problemów, jednak znów zaczyna padać. Sesja zdjęciowa odbywa się już w czasie niezłej ulewy. Po wypuszczeniu rybki lokujemy się w namiocie. Trochę zmęczony stwierdzam, że wywiozę zestaw jak przestanie padać, o ile przestanie … jednak deszcz nie odpuszcza, a nawet leje coraz bardziej. W długim oczekiwaniu na przejście deszczu zasnąłem, ale nie na długo. Na jednej z pozostałych wędek słychać konkretny odjazd, szybko ubieram wodery i biegnę do poda, po drodze zaliczyłem jednak wodowanie, poślizgnąłem się i wpadłem do wody hehe .. ah te emocje! – dobrze że karp mnie nie połknął!  Zaraz po zacięciu mogłem domniemywać, że rybka jest trochę większa od poprzednich – taktyka zdaje egzamin ! Walka trwa trochę dłużej niż poprzednie, staram się wprowadzić karpia do podbieraka jednak udaje mi się to dopiero za którymś razem. Sesję fotograficzną  odkładamy na rano ponieważ z nieba lały się strugi wody. Jak się później okazało była to jednocześnie ostatnia i największa ryba zasiadki. Nad ranem zaraz po „nacieszeniu się” okazem i wypuszczeniem go do wody, zaczynamy się pakować.

Może pogoda nam nie dopisała,ale za to rybki jak najbardziej. Za każdym razem, gdy jestem nad wodą, przeżywam na nowo każdy dźwięk sygnalizatora, walkę z miśkiem, radość i smutek różnych sytuacji, wiem, że tam nie liczą się tylko złowione karpie, alesam fakt kontaktu z innym światem: zwierzętami, zielenią, przygodą, a przede wszystkim z przyjaciółmi, prawdziwymi przyjaciółmi, których nie ma nigdzie indziej. Karpiarstwo to więcej niż hobby, to sposób na życie…

Paweł Zajączkowski

Ten wpis został opublikowany w kategorii Polski i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz