Unikaj błędów…

Każdy z nas to zna. Są takie wyjazdy na które czekamy z niecierpliwością. Odliczamy każdy miesiąc, dzień, godzinę. Napięcie wzrasta z każdym skreślonym na kalendarzu kolejnym dniem. Siedząc teraz wieczorem przed komputerem i pisząc te słowa przypominam sobie dzień po dniu same przygotowania jak i przebieg wyprawy. Teraz na chłodno po pewnych przemyśleniach co zrobiłem dobrze, gdzie popełniłem błąd. Tak – błąd – wszyscy je popełniamy. Najważniejsze jest to aby wyciągnąć z nich wnioski i starać nie popełniać się ich ponownie. Moim zdaniem to klucz do sukcesu.

Stosowałem proste zestawy z pojedynczymi kulkami lub bałwankami.

Jak to się zaczęło? Pewnego wieczoru zaraz na początku roku zadzwonił do mnie Paweł z propozycją wspólnego wypadu. Jako że znamy się praktycznie „od dziecka” nie zastanawiałem się ani chwili. Zagraniczny tygodniowy wyjazd w niezniszczalnym trio (wraz z Krystianem) w połowie maja – brzmi pięknie. Pierwsze miesiące roku mijają szybko. Codzienne obowiązki przenoszą na dalszy plan myśli o zasiadkach. Ale gdzieś w tyłu głowy cały czas mam tę myśl o dniu kiedy wyruszymy. Przygotowania, zakupy, uzupełnienie „stanów magazynowych” ustalenie wstępnej taktyki. Czuję się gotowy. Paweł jako że miał niesamowite szczęście przebywać nad zbiornikiem już wcześniej udzielił nam wskazówek. Krystalicznie czysta woda. Cisza spokój i ogromne ryby które są naszym celem.

Nadchodzi ten wieczór. Spakowałem się już dzień wcześniej aby o niczym nie zapomnieć. O ustalonej godzinie wrzucamy nasz sprzęt do busa i umawiamy się na wyjazd o północy. Po powrocie do domu próbowałem zasnąć. Zgadnijcie czy mi się udało? O ustalonej wcześniej godzinie wszyscy meldują się na miejscu. Wyruszamy. Siedem godzin jazdy przed nami – na szczęście trasa przebiega bez większych utrudnień przy karpiowych rozmowach i zapachu kawy. Kilkanaście kilometrów przed celem stajemy w korku. Wypadek opóźni naszą podróż o dobre pół godziny. Kilka minut później spadają strugi deszczu którymi zostajemy przywitani na miejscu.

Imperial Fishing Legend Carp 12ft 3lb

Wyskakujemy z samochodu i patrzymy na wodę. Nikt z nas nie martwi się padającym deszczem. Prawie 10 hektarów żwirowni, krystalicznie czysta (zdatna do picia) woda i tylko my. Cisza spokój i ogromne ryby które chcieliśmy przechytrzyć. Przez tydzień to będzie nasz dom, pewnie każdy z nas chciałby żeby te siedem dni było najdłuższymi w jego życiu.

Sprawdzone i niezwykle wytrzymałe IB Carptrack Rambo Crawfish + Pop’up

Kilka słów o taktyce. Żwirowe dno z wielkimi głazami na dnie i delikatnym namułkiem w niektórych miejscach. Jako że nie mogliśmy używać plecionek wybór padł na żyłki o grubości 0.35mm i długim odcinkiem wytrzymałej strzałówki IF Shock It o średnicy 0.60mm która spokojnie poradzi sobie z wszelkimi przeszkodami.

Pierwsze godziny to przygotowanie naszego stanowiska. Trafiliśmy w jedno z dwóch okienek pogodowych w tym dniu. Tuż po rozstawieniu namiotów zaczął lać ulewny deszcz. Był to moment w którym mogliśmy przygotować nasze zestawy i chociaż przez chwilę zregenerować się po nieprzespanej nocy.

Nęciłem kulkami pokruszonymi, całymi i połówkami. Na zdjęciu IB Carptrack Big Fish.

W chwili przerwy w deszczu udało mi się wywieźć zestawy. Echosonda i stukadełko jak zwykle były niezbędne. W pośpiechu przed kolejną nawałnicą umieściłem zestawy za spadami na dnie z lekkim namułkiem będąc pewnym że właśnie tam karpie będą szukały czegoś do zjedzenia. Na włosie zawisły IB Carptrack Crawfish, Big Fish oraz Elite Strawberry. Na każdy z zestawów wrzuciłem kilka garści kulek. Chwilę później wodospad wody z nieba powrócił. Zmęczeni położyliśmy się spać.

IB Carptrack Elite Strawberry to absolutna podstawa każdej zasiadki.

Tuż przed północą, w całkowitej ciemności budzi mnie dźwięk sygnalizatora. Wyskakuję z namiotu podnoszę wędkę i jest on. Pierwsza ryba tego wyjazdu. Smakosz ostrych przypraw, olejku z czarnego pieprzu i Robin Reda dodanego do kulek Big Fish. Niesamowicie silna ryba, ciężki kilkunastominutowy hol utwierdzają mnie w przekonaniu że łatwo nie będzie.

Kolejne godziny mijają spokojnie. Padający rytmicznie deszcz pozwala spokojnie się wyspać. Poranek wita nas małymi przejaśnieniami. Kawa, śniadanie i zabieramy się ponownie do pracy. Właśnie teraz zdałem sobie sprawę jaki popełniłem błąd. Ze względu na krystalicznie czystą wodę nie zdecydowałem się na oznaczanie miejsc markerami. Plan był taki aby oznaczyć je na GPS’ie którego oczywiście w pośpiechu nie zabrałem poprzedniego dnia na ponton. Na szczęście pamiętając układ dna i charakterystyczne punkty na brzegu udało mi się odnaleźć miejsce z którego miałem pierwsze branie. Wspomagając się echosondą i stukadełkiem zaznaczyłem na GPS’ie pozostałe miejsca. Kolejne godziny i noc to brania sumów. Nie sumików – sumów. W ostatecznym rozrachunku było ich kilka, wszystkie w wadze około 15-18 kilogramów.

Trzeci dzień naszej zasiadki przywitał nas słońcem. Piękna mgła która unosiła się nad wodą stworzyła niesamowity widok idealny do zdjęć. Moje życzenie się spełniło. Kolejny miłośnik Big Fish’a zmierzył się ze mną podczas niesamowitej walki. Największa ryba zasiadki o wadze prawie 20stu kilogramów i ten piękny widok pozostanie na zawsze w mojej pamięci.


Po tym magicznym poranku czuliśmy się jak w raju. Odpoczywając rozmawialiśmy godzinami. Podczas obiadu miałem kolejne branie na środkowy zestaw umieszczony mniej więcej w połowie zbiornika za spadem z kulką Crawfish. Kolejna silna ryba która dała wiele emocji wylądowała ma macie. Piękny lustrzeń z ogromnym ogonem po krótkiej sesji zdjęciowej wraca do swojego domu.

Zakładam iRocka na bezpieczny klips, wymieniam przypon i zestaw przy pomocy GPS’a oraz echosondy ląduje idealnie w tym samym miejscu w towarzystwie kilku garści całych i przepołowionych kulek czekając na kolejne odwiedziny. Popołudnie mija nam na rozmowach przy grillu i degustacji lokalnego piwa. Pojawia się i kolejne branie. Hol z pontonu w pełni słońca i wygięty w pałąk IB Legend Carp 12ft zwiastują kolejną rybę. Wracamy do brzegu. Wskazówka wagi zatrzymuje się na wartości ciut ponad 18 kilogramów. Tutejsze karpie polubiły ostrą nutę Big Fish’a. Do zdjęć pozuje mi piękna zdrowa ryba przygotowana do tarła.

Kolejne dwa dni mijają nam spokojnie na obserwacji wody, irytujących powoli, holach sumów oraz nierównej walce z wszędobylskimi kleszczami. Jako że polowaliśmy typowo na duże ryby postanowiliśmy robić jak najmniej hałasu. Nie przewoziliśmy zestawów mając pewność że leży on tam gdzie powinien, a na włosie znajduje się kulka. Twarde Rambo hookbaits dzielnie stawiają się atakom drobnicy oraz raków. Przez kolejne dwa dni żaden z silnych mieszkańców tej wody nie odwiedził mojej maty. Przełom nastąpił w ostatnią noc naszego wypadu. Chwilę przed drugą w nocy na zestaw z Crawfishem mam branie. Niesamowita nocna cisza i odgłos hamulca kołowrotka z którego karp wybiera kolejne metry żyłki. Kilkanaście minut w totalnym napięciu i pojawia się węzeł od strzałówki. Już jest blisko. Paweł podbiera pięknego lustrzenia o wadze niespełna 19 kilogramów.

Zestaw zostaje na brzegu z nadzieją na kolejne branie dużej ryby. Zmęczeni kładziemy się spać aby rano po szybkim śniadaniu móc wybrać się w podróż do domu. Tuż nad ranem mam branie na Fish’a który od kilkudziesięciu godzin leżał nietknięty w wodzie. Czułem w kościach że na ten zestaw połakomi się coś dużego. Popełniłem błąd, głupi. Zgubiła mnie rutyna lub być może zmęczenie i niestety nie udało mi się wyholować tej ryby. Jak stwierdziliśmy wspólnie – najprawdopodobniej ryby wyjazdu. Jeszcze po Ciebie wrócę – pomyślałem.

Tomek Szklarek

Darmowa wysyłka i -10% na wszystkie produkty Imperial Baits przy zakupach w wersji mobilnej!

www.imperial-fishing.pl

Pobierz aplikację: Android lub iOS

imperial fishing app

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Polski i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.