W ciszy….

wciszyBrakowało mi takich dni i nocy … tak cichych i spokojnych. Kołatające się myśli chciałem ułożyć w jeden logiczny ciąg zdarzeń właśnie tam. Po raz kolejny chciałem wrócić nad tą wodę żeby się sprawdzić i żeby złapać w garść gram szczęścia.
Tym razem nie planowałem, nie upychałem, lecz wszystko w spokoju ułożyłem. Gdzie usiądę i rozbiję swój dom, gdzie położę mój ulubiony zestaw i wreszcie gdzie zaznam upragnionego spokoju. Byłem nastawiony pozytywnie i to wprawiło mnie w nastrój, który trwał przez pięknych pięć gorących dni. Miałem ułożony scenariusz, który zrealizować miała przyroda. Tylko ona.

1Popołudnie w środę jestem. Siadam na chwilę na nowym miejscu, patrzę i słucham. Przede mną niezmącona najmniejszą falą tafla wody pokryta białym puchem topoli i kręgi po amurowych cmokaniach, które płetwami grzbietowymi pokazują kierunek wycieczki. Wokół zatopionych drzew karpie szaleją wyskakując, co chwilę i pokazując swoje pomarańczowe ogony. Woda żyje gorącym rytmem. Odcinam się, zatem od cywilizacji, problemów i wszystkiego, co może zmącić moją ciszę. Stawiam swój nowy dom i rozkładam zabawki, które dają szansę na emocje. Wszystko zrobione bez pośpiechu, to porządek i ład. Pozostało mi jedynie zaznaczyć swoją obecność w wodzie. Zatem płynę karmić.
Moja pierwsza noc. Czekam na pierwszy odjazd. Czekam bez żadnych ustaleń o wielkość i jakość. Co będzie to będzie a nóż … jak to mówią?

2Jest wręcz bajkowo. Ciepło i bezwietrznie. Łysy wędrował po niebie jeszcze kilkanaście nocy wcześniej a dziś ślad po nim zaginął. Mam już pierwszych nocnych gości. Z otwartego namiotu widzę jak brzegiem snuje się zygzakiem lis. Dociera bliżej i stawia swoje uszy, bo widzi, że na jego trasie ktoś blokuje ruch. Grzecznie mnie omija a ja mu w tym nie przeszkadzam. Przed północą siadam przy kijach na małym pomoście. W zatoce gang zielonych żab rozpoczyna swój koncert. Z bardzo głośnego rechotu można wywnioskować, że to bardzo burzliwa dyskusja.
4Nagle migotanie błękitnej diody podnosi moją czujność. Za chwilę ponownie aż do chwili, kiedy zaczyna się ciąg dźwięku i jednostajny blask. To moje pierwsze branie. Blank wędki oznajmia, że ryba jest niewielka. Tak – faktycznie to mały karpik o wadze pod 10 kilogramów. Pierwszy karpik. Ponownie zestaw wypływa moim old modelem.
Cóż – jak wiadomo albo jak sobie tłumaczymy – po małych przyjdą większe. U mnie jednak tej nocy z zatoki nie doczekałem nic większego, co przekroczyłoby 12 kilogramów. Osiem złowionych ścigaczy testowało moją czujność i mnie, więc nad ranem idę chwilkę zamknąć oko. Jest już prawie szaro a niebawem będzie świtać, – ale ja będę spał – tak sobie zażyczyłem.

No tak… Troszkę przedobrzyłem ze snem i gorące słońce zmusiło mnie do pracy. Zatem nie mam wyjścia. Zaczynam pitrasić. Kawa na pobudzenie a potem tworzenie zanęty cud. Znajome w trzcinie ucichły a w ich miejsce pojawia się grupa łakomych kaczuszek z mamą na czele. Są jednak nieufne i wolą szukać śniadania w przybrzeżnej trawie niż chleb, który im podrzuciłem. Hmmm może wieczorem go odnajdą?
Gotowy do akcji i po zmianie przyponów płynę podać kolejną porcję dobroci w dwa miejsca, z których łowię. Echosonda wskazuje, że ryby czekają na śniadanie. Zatem chlup raz po raz łyżką zasypuję im szwedzki stół. Mój także jest ok. Po śniadaniu wywózka i czekanie na pierwszego gościa na macie.
Zaczyna się. Jest pierwszy a po nim drugi. Znowu granica wielkich kabanów nie zostaje przekroczona. Kolejna wywózka. Mam branie. Mocne i zdecydowane. Kij wygięty mocno. Hamulec oddaje żyłkę. Popmpa za pompą prawie pod sam brzeg. Ryby nie widać, ale czuję, że jest większa od nocnych i porannych spinaczy. Przygotowuję podbierak i … koniec. Kij się prostuje a ryba spada.

5I zaczynają spadać po kolei wszystkie tego dnia. Na tej wodzie bywają takie okresy, że nie jesteśmy w stanie ogarnąć, dlaczego tak się dzieje. Złowionych – spiętych ryb mam aż dziesięć. Różnej wagi o różnej waleczności. Rozpoczyna się myślenie, kombinowanie i rozmowa z samym sobą. Co jest nie tak? Zmiana wielkości haka, potem odwrotnie – przynęty. Nic to nie daje. Czwartek zaczyna być chyba moim czarnym czwartkiem. Myślę dalej.

6Ostateczna wersja przyponowa to maksymalnie kulka 16 mm i mniejsze, do tego haki wielkości no 2 i bardzo długi włos. To przynosi wreszcie efekty. Spinek jest mniej a ryby zapinają się głębiej i jak to fachowo mówimy – za dolną warę.
Po kolejnych wywózkach wyrównują się szanse. Jest lepiej i moje sukcesy są większe. Wagowo także. Tej wyprawy postawiłem na Elite i ryby chyba też. Tak – to ten smak od lat rządzi w moich „cukierkach” dla kabanów. Wierzcie bądź nie, ale jest to mój pewniak, ale kulką cud nie jest, • bo takich nie ma. Tym razem rozmiar 16 mm na wspomnianym wyżej zestawie rzucam do zatoki. Na ten kawałek wody stawiałem od początku i jak do tej pory z niej mam najwięcej wyciągniętych ryb.
Podano do stołu – zapraszam je. Widziałem jak delikatne bąblowanie tworzy coraz mniejsze kręgi i zbliża się do zestawu. Kiedyś albo dawniej nie patrzyłem tyle na wodę i nie słuchałem jej tak jak teraz – tak jak dziś. Wydawało mi się, że posiadłem już każdą wiedzę w temacie naszego hobby. Odkrywałem czytanie wody na nowo – inaczej.

7Wędrówka bąbelków ustała a rozpoczął się czas ciągłego czarowania wzrokiem podwieszonego hangerka. Nastał spokój nad zestawem. Powiem tak – zjeżył mi się włos na głowie, kiedy z rolady zaczęła wysnuwać się żyłka a hanger na stałe przykleił się pod kijem przy milczącym sygnalizatorze. Gapiostwo – niewłączony. Lekko podnoszę kij, bo już nie zacinam i czuję moc. Jazda w lewo i w prawo do tego po niewielkim kołku na metrowej wodzie. Ryba cuduje, ale na razie wygrywa. Zabiera kilkanaście metrów po braniu. Ja nie mam zamiaru oddawać więcej. Zatrzymanie u mnie i u niej. Myślę poczekam – on albo ona chyba to usłyszała. Znowu odkręca kolejne metry. Miałem nadzieję, że się dogadamy, ale niestety. Ryba miała inne zdanie i zawija się ponownie wokół kołka. Nie pozostało nic jak wsiadać w ponton i płynąć. Docieram nad nią. Widzę jak stoi nad dnem. Wkładam rękę po żyłce do wody i chcę odkręcić choćby jeden oplot. Chcę ja, ale nie ona. Pod wodą zamąciło się tak mocno, że nie widziałem już własnej dłoni. Zamąciło się jeszcze dwa metry dalej i zobaczyłem jak pod taflą odpływa długi grzbiet a pod wędką wisi luźna i skręcona żyłka. Przegrałem.

8Po tych emocjach dochodzę chwilę do siebie. Nie ma złości. To i tak była nagroda za myślenie i kombinacje, które zwabiły większą sztukę. Czy taki miał być ten czwartek do końca – czarny czwartek? Był czas przemyśleć to na pomoście. Więc wracam do siebie.

9Taktyka dobra. Przynęta niezawodna a i hol fachowy. Co się dzieje? Nie wiem, ale postanawiam, że zamiast łódki czy pontonu będę nęcił z brzegu rzucając tylko kule. Biorę się do roboty. Do sztycy dokręcam łyżkę i z drugiego brzegu zatoki ładuję im pięć konkretnych łych. Takie dobroci muszą je skusić ponownie do brań.
Pomału „czarny” się kończy. Ja z nadzieją czekam. Czekam niedługo, bo w zatoce zaczyna buszować stado rybek. Mam pierwszą. Znowu mała, ale jest. Po niej druga i trzecia. Same ścigacze. Rozrabiają strasznie. Postanawiam, że zestaw na jakiś czas wyciągnę z wody. Niech wybiorą, co mają wybrać i odpłyną. Tak też czynię.
Podczas tej przerwy mogę zrobić coś dla siebie. Siadam i rozmyślam. A jak człowiek rozmyśla to czasem wpadają do głowy pomysły. Wysmarowałem na nocne wywózki takie kanapki, że coś musiało się stać. Jedną, jako pierwszą wywiozłem daleko pod drzewa a drugą delikatnie podałem za miejsce nęcenia. I już na luzie ponownie mogłem się relaksować, bo przecież do banana z crawfishem czy elite w formie dumbla zatopionym w glugu musi coś przypłynąć. I…?

10,5kgDobrze kombinowałem. Drzewa dają rybę. To już 14 kilogramów. Po niej jest kolejna. W sumie trzy ryby z daleka. Zatoka nadal milczy. Nastaje w ogóle jakiś czas stagnacji na całej wodzie. Nie łowi nikt. A jak jest cicho to zjawiają się goście. Tym razem pod stopami przysiadł mały, zielonkawy „kameleon”. Co on tu u mnie znalazł nie wiem, ale posiedział, popatrzył a potem ustawił się do zdjęcia. Więc – pstryk i mam go . W ogóle człowiek w czasie spokoju widzi więcej no i słyszy. Niedaleko na gnieździe boćki klepią dziobami a dzięcioł nad głową otwiera swoją stołówkę. Jest po prostu pięknie.
W piątkowy poranek moja lepsza połowa wpada na odpoczynek. Cóż robić – samotność we dwoje jest też ciekawa. Nie można już tak spokojnie czekać. Trzeba ją wpasować w moje patrzenie na wędkowanie. Ona to lubi, bo poza tym czerpie z przyrody to, co najlepsze a jej zachwyt nie mija nigdy. Zatem kawa i relaks na pomoście. Trochę gadki, trochę marzeń a do tego wszystkiego …. Zatoka.
To ona właśnie na przerywa tę sielankę nagłym braniem. Pamiętam jak było kilkanaście godzin wcześniej. Już Rx gada jak powinien. Podobny układ i tym razem. Ryba bierze ile chce ja czekam na pit stop. Pomału i sukcesywnie holuję ją do siebie. Cały czas nie wiem jak się to skończy, ale teraz ryba pływa inaczej. Omija kołek i odwala sprint na otwartą wodę. Myślę sobie – teraz cię mam. I tak faktycznie było. Metr po metrze zwijałem żyłkę a ona pod wodą kręciła koła. Kilkanaście minut holu i ta myśl … jak opowiem Wioli o czarnym czwartku to mnie wyśmieje. Opowiem jej, ale po tej rybie. Już wiem, że to będzie moja „cięższa” chwila chwały. Tak mam ją. Lady, która chyba nie chciała psuć mi nastroju i dała się podebrać. Chyba ładna, co? Ma 14 kilogramów wagi.14kgNocny piątek to parę brań, po których na macie odpoczywało kilka mniejszych sztuk, ale tak walecznych, że na moim udzie pojawia się kilka siniaków od opierania dolnika. Mało snu oznacza tylko jedno. Późną pobudkę w sobotę. Ryby dopisywały. Pogoda mniej, ale nie wrócił przecież żaden mróz. Kilkanaście sztuk od 9 do 13 kilogramów dało udany dzień, który w towarzystwie minął bardzo szybko. Nastał wieczór a po nim noc. Cicho i sennie.
Kiedy nastała sobota wróciło także słońce. Konsekwentnie realizowałem swój plan. Miałem nadzieję na brania, ale nie było na nie żadnego parcia. Po prostu relaks i od czasu do czasu hol. No w sumie tak miało być i było do 13.30 tej soboty. A stała się ona dla mnie złota. Dlaczego?

10,5kg10kg11,512kgO 13.30 Nastąpiło branie. Skąd? Z zatoki. Zaczęło się od jazdy w siną dal. Wybranie kilkudziesięciu metrów żyłki i hałas hamulca, który swoim jękiem oznajmiał jedno. To nie jest ścigacz. Ja to wiedziałem a żona nie. Mówiła – dawaj go szybko i robimy obiadek. Tiaaaa dobrze powiedzieć gorzej zrobić. Hol trwał a znudzenie żony z podbierakiem wyzwoliło mój śmiech. No, co? Pytała – no nic odpowiadałem. To nie ścigacz. Zaczynałem się bać czy ta długa chwila skończy się tak jak czwartkowa porażka. Pocę się, bo od dwudziestu prawie minut nie widziałem ryby pod powierzchnią. Ona miała swój cel do zrealizowania. Pozostałe kije zwinęła żona. Bałem się upalenia żyłki o żyłkę. Teraz tylko ja i ona. Ból na udzie od ucisku dolnika dawał się we znaki. Pot na czole ocieka a i ręce robią się mokre. I ta myśl w głowie, co tam wisi i tak targa. Ani to jazda jesiotra ani ścigacza, choć żyłka tnie wodę równo pozostawiając tylko zygzak w kićkach na powierzchni. Trzymam nadal a ręce drżą. To już nawet widzi moja partnerka i już nic nie mówi. Czekamy oboje. Teraz ryba słabnie. Odbieram metr po metrze, co zabrała a kij i żyłka grają. Coraz bliżej sukcesu albo … Podbierak już w odzie a ryba nie pokazała ani kawałka grzbietu. Pokazała za to, co innego. Ogromny, przeogromny ogon, którym machnęła po raz pierwszy. Popatrzyłem w prawo – żona zbladła. A ja mówię – chyba będzie grubo.

11Po widoku wielkiej płetwy pojawił się grzbiet, szeroki jak żaden inny. Teraz i nogi zaczynały mi się trząść. Nie było jednak czasu zastanawiać się jak opanować to drżenie. Jeszcze 30 metrów, jeszcze 20 i 10. Teraz już widzę, co holuję. Karp przepięknie zapięty wykłada swój łeb po królewsku i z majestatem macha na lewo i prawo. On się już prawie poddał i pozostał tylko test holu końcowego. Mówię, że chcę podebrać sam, ale słyszę – oooooo, co to to nie, to nasza nagroda będzie – mówi żona. Ok. Będzie?

I jeeeeeeeeeeeeeeeeeest. Nasze złote szczęście. Ile ja musiałem czekać na kolejne 20+ z tej wody? Długo, ale jest wreszcie. W podbieraku pełnołuska dzicz bez zgubionej łuski. Kompletna w całym ułuszczeniu. Niech ta chwila się nie kończy. Niech trwa wieczność.
Była cisza a teraz są emocje, adrenalina i radość. Drżenie rąk jest już takie, że nie potrafię trafić na guzik On-Off na wadze. Ale wreszcie podnoszę to złoto w górę. Trzymam i czekam, co usłyszę. Wiem, że to, 20+ ale ile? Te łuski, te złote łuski ważą dzisiaj 21, 70 kilograma.

1021,70a21,70b21,70c21,70d21,70e21,70fTego sezonu jestem naprawdę szczęśliwy. Bogatszy o kolejne doświadczenia i spokojny, że samotność na zasiadce nie jest zła wręcz potrafiła mnie uszczęśliwić. Po tym wszystkim nastąpiła niedziela i powiem w skrócie, jaka była. W niedzielę była tylko wielka uśmiechnięta gęba Krona. Pozdrawiam.

Krzysztof Jaros

Ten wpis został opublikowany w kategorii Polski. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Możliwość komentowania jest wyłączona.